ABAREN SIMARIS


Ostatnia droga samobójcy, cz. 3

Ostatnia droga samobójcy, cz. 3

To jest dalszy ciąg opowiadania. Początek znajdziesz tutaj.

– Obłęd stanowił reakcję pańskiego organizmu. Po śmierci ciało nie ma na pana wpływu.

– No tak, brzmi logicznie – zastanawiał się na głos.

– Pozostaje pytanie, co dalej.

– Czyli?

– Pańska dalsza droga jest, powiedziałbym, zaplanowana. Jednakże kwestia pańskiej żony uniemożliwia podjęcie dalszej podróży duchowej.

– Dlaczego?

– Ponieważ istnieje swego rodzaju mentalna blokada przed podjęciem dalszej wędrówki. Trzeba coś z tym zrobić.

Alistair nie bardzo wiedział, o co chodzi. Czuł wielki smutek z powodu cierpień rodziny, cóż jednak mógł na to poradzić?

– Zwykle rozmowa dużo pomaga – odpowiedział przewodnik na myśli Alistaira. – Tak jak przed chwilą w pana przypadku.

Tu Alistair musiał się zgodzić. Rozmowa rzeczywiście sprawiła ulgę.

– Racja – przyznał. – Tylko... jak mogę się porozumieć z Estelle? Jestem przecież martwy.

– Przeniosę pańską świadomość do snu pani Payne.

– Ona w tej chwili śpi?

– Tak.

Sen Estelle, pomyślał Alistair, jej sen będzie ostatnim łącznikiem między nami.

– Dobrze, zróbmy to – powiedział.

Przewodnik uśmiechnął się i rozsiadł wygodniej na kamieniu, a zwracając się w stronę Alistaira, powiedział:

– Teraz pana zahipnotyzuję.

– Że co?

– Zahipnotyzuję pana. Proszę się odprężyć, zamknąć oczy. Policzę od pięciu w dół. Kiedy skończę, otworzy pan oczy i będzie się znajdował we śnie swojej żony.

– No... dobra.

Przewodnik policzył do jednego, Alistair otworzył oczy i rozejrzał się dokoła.

Znalazł się w samym środku szarej pustyni. Dokoła rozrzucone niewielkie kamienie i horyzont równy niczym na środku oceanu. Niebo pokrywały ciemne chmury, gotowe w każdej chwili rozpocząć symfonię grzmotów i siekającego deszczu. W powietrzu czuć było ozon, dokładnie jak przed burzą.

Alistair zrobił kilka kroków przed siebie. Znów chodził, a nie unosił się w powietrzu. Piasek skrzeczał pod stopami.

Na tym pustkowiu istniał tylko jeden punkt zaczepienia dla umysłu Alistaira. Była nim odległa postać, w kierunku której zmierzał. Krok za krokiem, coraz wyraźniej widział, kim jest owa postać.

Spiżowy rycerz.

Mężczyzna zakuty w pancerz, którego orężem nie był miecz czy topór. Nic z tych rzeczy. W prawej dłoni trzymał wstążkę o barwie pomarańczowej, przechodzącej, w zależności od kąta obserwacji, w żółć lub czerwień. Alistair odniósł wrażenie, że wstążka została utkana z oddechu smoka. Dlaczego tak pomyślał? Nie miał pojęcia.

Zbliżył się do spiżowej postaci. Wówczas przeżył szok. Rycerz miał jego twarz. To był Alistair. Twardy, niewzruszony demon uderzający zawsze bez litości. Odczuwający ból równocześnie ze swoją ofiarą.
Tak widzi mnie Estelle, pomyślał zrozpaczony, a to wszystko – mroczne pustkowie cierpiącej duszy – jest moim dziełem. Konsekwencją bezmyślnych działań pijaka. Ja ją tutaj wypędziłem.

Za plecami rycerza coś świeciło. On sam się nie ruszał, więc Alistair obszedł go i przyjrzał się źródłu światła.

Estelle.

Leżała na szarym piasku i płakała. Nie miała na sobie ubrania, a skóra została dotkliwie poraniona. Alistair odwrócił się wściekły w stronę spiżowego oprawcy. Ten nie zareagował. Stał tylko bez ruchu.

– Alistair?

Estelle mówiła niewyraźnie z powodu opuchniętych warg. Alistair natychmiast do niej podbiegł. Pochylił się, by ją objąć.

– Nie dotykaj mnie! – wrzasnęła przerażona kobieta, jednocześnie próbując się uwolnić z objęć męża.

– Proszę, Estelle, to ja. Nie denerwuj się. Nie zrobię ci krzywdy.

– Odejdź! Dlaczego nie chcesz odejść? – zaczęła szlochać.

Alistair był wstrząśnięty reakcją żony. Spodziewał się wszystkiego, ale nie tego. Przecież chciał z nią tylko porozmawiać, tylko... tylko, że to jest sen. Estelle zachowuje się zgodnie ze swoim koszmarnym scenariuszem. Czy co noc śni to samo? Boże, na pewno. Alistair płakał równie mocno co Estelle. Łzy nie chciały przestać płynąć i, po prawdzie, nie było sensu ich zatrzymywać.

Spiżowy rycerz zniknął. Bestialska wstążka uleciała na wietrze, rozganiając chmury, które jednak natychmiast zeszły się z powrotem.

– Zrozumiem, jeśli nie będziesz chciała ze mną rozmawiać – powiedział słabo Alistair, padając na kolana. – Ale wiedz, że bardzo żałuję całego zła, które uczyniłem. Pozwoliłem opanować się strachowi i wódzie. Nie będę się usprawiedliwiać. Już nie, za późno. Skrzywdziłem cię, złamałem ducha, zniewoliłem na szarej pustyni. Ja... – głos Alistaira się załamał. – Ja, przepraszam.

– Przepraszasz. – Estelle powtórzyła głucho. – I co? Mam ci wybaczyć? Wybaczyć morderstwo?

Alistair dopiero po chwili domyślił się, że Estelle mówi o ich nienarodzonym dziecku.

– Nie dałeś szansy małej Devon.

– Devon?

– Tak ją nazwałam. Po babci.

Estelle patrzyła prosto w oczy męża. Bez strachu, lecz z nienawiścią. Łzy wyschły tak szybko, jakby ich nigdy nie było. Rany zarosły się, opuchlizna zeszła. Teraz była ubrana w sięgający prawie do kolan, niebieski pulower. Prezent urodzinowy sprzed roku. Zaciskała pięści.

– Ja... – zająknął się Alistair.

– Ty! Tak ty.

– Ja nie chciałem...

– Potwór! Kochałam cię, a ty zamieniłeś moje życie w piekło.

Nagle zerwał się gwałtowny wiatr. Atakował wściekle, szarpał. Gdy Alistair czubkami palców dotknął kolana Estelle, wszystko ucichło.

– Och, Al – kobieta ponownie zaczęła płakać, kuląc się w sobie. Poczuła silne ramiona męża, obejmujące czule, bezpieczne. Tak jak kiedyś. Zanim zostali małżeństwem.

– Kochanie, tak mi przykro. Tak bardzo mi przykro. Gdybym mógł naprawić swoje błędy, odpokutować winy. Gdyby można cofnąć czas...

– Nie można cofnąć czasu – szeptała. – Nie można nic naprawić. Wszystko przepadło.

– Ja umarłem, kochanie.

– Co? – odparła znużonym, spokojnym głosem. – O czym ty mówisz?

– Umarłem. Dzisiejszego wieczora. Przyszedłem się pożegnać. I przeprosić – milczał przez moment. – Czy potrafisz mi wybaczyć?

Estelle objęła mocniej męża. Kochała go. Pomimo cierpień i utraty córki.

– Nie – odpowiedziała tak cicho, że sama ledwie słyszała swój głos. – Nie mogę wybaczyć.

– Co?

– Przykro mi, Al – spojrzała mu w oczy – po prostu nie mogę. Nie po tym, co zrobiłeś. To niemożliwe.

– Ale...

– Proszę, odejdź. Jeśli naprawdę umarłeś, odejdź. Pozwól mi żyć w spokoju. Ja już więcej nie zniosę. Zostaw mnie.

Alistair nie wiedział, co powiedzieć. Powinien spodziewać się podobnej reakcji. I czemu tu się dziwić? Nie był dobrym mężem, ojcem zresztą też. Nie należy mu się nawet jedno przynoszące ulgę słowo. Miał nadzieję na przebaczenie, ale nie... nie zasłużył na nie. Wiedział o tym.

Wypuścił żonę z objęć. Czuł jej ciepło jeszcze przez kilka chwil, potem odwrócił się i odszedł.

– Żegnaj – szepnęła przez sen śpiąca Estelle, czego jej mąż już nie usłyszał.

***

Powierzchnia kamienia, na którym siedział Alistair, wciąż pulsowała życiem. Przewodnik z uprzejmym uśmiechem zapytał:

– Jak było?

– Nie wybaczyła mi – stwierdził ponuro Alistair.

– Przykro mi.

Gwiazdy świeciły mocno, rozjaśniając mroki nocy. Delikatne podmuchy wiatru nakłaniały liście do tańca, a serce nieżyjącego człowieka wypełniał żal i tęsknota.

– Mylił się pan. Rozmowa nie pomogła – powiedział.

Przewodnik wstał i przeciągnął się jak po długim śnie. Jego białe szaty zaszeleściły cicho, wtórując tańczącym liściom.

– Może nie tobie miała pomóc ta rozmowa, Alistairze – rzekł przewodnik, po czym dodał chłodniejszym tonem:

– Śmierć nie rozwiązuje problemów za ciebie. Pomogłeś podświadomości Estelle uwolnić się, by mogła iść dalej ze swoim życiem. Natomiast ty musisz jeszcze sporo zrobić, by wyzwolić się z cierpienia. Przed tobą długa droga.

Pierwszy raz zwrócił się do mnie po imieniu, pomyślał głupio Alistair, unosząc głowę. Nie zobaczył jednak nikogo. Był sam. Był po drugiej stronie.


Spodobało się? Podziel się z innymi:



Chcesz być
na bieżąco?

Polub mnie na Facebooku
i otrzymuj informacje o nowościach.