ABAREN SIMARIS


I stworzył Bóg świat bez zła

I stworzył Bóg świat bez zła

Rara i Ruru szły przez pogrążający się w ciemności stary kościół. Obie wyglądały tak samo: wysokie, szczupłe, miały niebieskie oczy i ogolone głowy. Ubrane w identyczne, białe sukienki. Były piękne. Jednakowe. Zrodzone tego samego dnia, z tego samego łona i nasienia, stanowiły jedność, choć zamieszkiwały dwa odrębne ciała. Zawsze nierozerwalnie związane niewidzialną nicią bliźniaczego życia.

Trzymając się za ręce, szły w kierunku marmurowego ołtarza. Przyglądały się ukrzyżowanemu człowiekowi wiszącemu powyżej. Cierpienie na jego twarzy było martwe i zimne, od dawna zapomniane. Niemniej siostry nie potrafiły przejść obok niego obojętnie. Nie odważyłyby się nawet pomyśleć o odwróceniu wzroku i zbagatelizowaniu utrwalonych w kamieniu ran. Jakiż artysta mógł stworzyć tak wielki ból, zastanawiały się. Jakiż to człowiek (lub potwór) był w stanie przedstawić drugiego człowieka w niekończącej się agonii?

Słońce całkowicie już schowało się za horyzontem. Cienie wydłużyły się do tego stopnia, że zapanowały nad całą przestrzenią. Ukrzyżowany człowiek jarzył się natomiast swoim własnym, tajemniczym blaskiem.

– Witajcie, panienki – rozbrzmiał głęboki męski głos. – Co was tu sprowadza o tak późnej porze, jeśli wolno spytać?

Rara i Ruru nie przestraszyły się. Jednocześnie odwróciły głowy i zobaczyły niskiego, pomarszczonego staruszka. Miał na sobie czarną szatę z dziwnym białym kołnierzykiem. Siostry nigdy wcześniej nie widziały takiego stroju. Mimo swojego wieku – niewątpliwie bardzo podeszłego – nieznajomy stał wyprostowany, a z jego wątłego ciała emanowała siła, która zdawała się pożerać ciemność panoszącą się dokoła.

– Jestem ojciec Esteban – kontynuował mężczyzna z szerokim uśmiechem na twarzy. – Miło mi was widzieć, dziewczynki.

Rara i Ruru miały już po dwadzieścia osiem lat i wcale nie czuły się "dziewczynkami", ale w ustach starego człowieka określenie to bynajmniej nie wydawało się obrazą.

– Kto to jest? – zapytała Rara, a może Ruru, któżby rozpoznał. Jej siostra wskazała palcem ukrzyżowanego człowieka.

– To jest Bóg, panienko – odparł ojciec Esteban. Nie przestawał się uśmiechać.

– Bóg? – siostry spojrzały po sobie, nie rozumiejąc. W ich świecie nie istniało takie słowo. Jedna z nich zapytała:

– A co to jest bóg?

Stary ksiądz nawet nie westchnął z politowaniem. Dawno już minęły czasy, kiedy to oburzał się na dźwięk podobnego pytania. Dawno już nie karcił młodych ludzi za bezbożne życie i ateistyczne umysły. Wiedział, że to nie ma sensu. W dzisiejszych czasach ludzie nie pamiętają już o Bogu. Mają siebie nawzajem. Swoich braci i siostry.

Esteban przyjrzał się kobietom, które w jego mniemaniu były zaledwie małymi dziewczynkami. Tak intelektualnie niewykształcone, że określanie ich mianem dojrzałych kobiet było, według księdza, nietaktem. Niczym się od siebie nie różniły, co oczywiste. Oczywiste dla współczesnego pokolenia, ale nie dla osób w wieku Estebana. Choć, być może nie było już nikogo w jego wieku. Może był ostatnim reliktem poprzedniego pokolenia. Świata, w którym ludzie rodzili się pojedynczo.

– Gdzie jest pański brat? – odezwała się dziewczyna stojąca po lewej stronie, jakby czytając w myślach kapłana.

– Nie mam brata.

– Co?

– Jak to możliwe? – dodała druga z sióstr.

Esteban podszedł krok bliżej.

– Nie mam brata, dziewczynki. Urodziłem się sam.

– Ale wszyscy rodzą się parami – zaprotestowały. Nie ma znaczenia, która wypowiedziała te słowa, wszak były prawie jednością.

– W moich czasach nie wszyscy tak się rodzili. Zdarzało się to coraz rzadziej, ale jeszcze przychodziły na świat normalne dzieci. To znaczy… ech, wybaczcie. Nie chciałem was obrazić.

– Nie obraził nas pan.

– Proszę, mówcie mi: ojcze – zaproponował ksiądz. Już dawno nikt tak się do niego nie zwracał.

– Dlaczego?

– Przecież nie jest pan naszym ojcem.

– Wiem, dziewczynki. Jestem proboszczem w tym kościele. Dawniej tak tytułowano księży. "Niech będzie pochwalony, ojcze”, mówiono na przykład. Albo: „Ładny mamy dzień, prawda, ojcze?"

Rara i Ruru niczego nie zrozumiały. Z drugiej jednak strony nie było nic złego w sprawieniu przyjemności staremu człowiekowi.

– Dobrze, ojcze – powiedziała jedna z nich.

Esteban uśmiechnął się jeszcze szerzej, o ile to w ogóle możliwe.

– Dziękuję, dziewczynki. Jak się nazywacie?

– Rara i Ruru.

– Bardzo ładnie – ksiądz nie zdradził, że nie podobają mu się wygolone do nagiej skóry głowy dziewcząt. Nie potrafił zaakceptować współczesnej mody. Zdawała się nienaturalna, jakby ludzie chcieli jeszcze wyraźniej podkreślić swoją odrębność od świata, od natury, co było, rzecz jasna, ogromnym błędem. Kapłan nie zdradził jednak swoich myśli, zamiast tego zapytał:

– A zatem, co robicie w kościele o tej porze?

– Słyszałyśmy o tym miejscu – to powiedziała chyba Rara.

– Chciałyśmy zobaczyć ukrzyżowanego człowieka – Ruru wskazała wiszącą postać.

– Musiał bardzo cierpieć.

– To prawda – rzekł Esteban. – I nie wiecie, kim jest?

Siostry pokręciły przecząco głowami. Równocześnie.

– Dawno temu Bóg stworzył ludzi – Esteban zaczął opowieść, której nie podejmował od wielu lat.

– Ale co to jest bóg? – przerwała Rara, a Ruru dodała:

– No właśnie.

I jak odpowiedzieć na takie pytanie komuś tak nieuświadomionemu, zastanowił się stary ksiądz. Jak wytłumaczyć coś, o czym ludzie nie mają dzisiaj pojęcia? Co nawet przez chwilę nie zaprząta ich myśli. Co jest im – jak się wydaje – niepotrzebne, gdyż mają siebie nawzajem. Ludzie nieznający samotności nie potrzebują Boga, by koił ich smutki, lęki i pomagał spełniać marzenia. Nie potrzebują nikogo, kto umarłby za ich grzechy i poprowadził do życia wiecznego.

– Bóg to stwórca wszystkich ludzi – powiedział wreszcie. – I nie tylko, On stworzył cały wszechświat i wszystko to, co się w nim znajduje.

– Serio?

– Mhm – skinął. – Chcecie, żebym opowiedział o "ukrzyżowanym człowieku"?

– Tak, prosimy.

– A zatem – ojciec Esteban powrócił do przerwanej opowieści, a nie była to przecież zwyczajna opowieść. – Bóg stworzył ludzi i pozwolił im żyć na tej pięknej planecie...

– I na Marsie.

– I księżycach Jowisza i tej, jak jej tam, Pherii w konstelacji Andromedy.

– Bądźcie tak miłe, dziewczynki, i nie przeszkadzajcie mi przez chwilę.

Obie umilkły.

– Ludzie żyli... we wszechświecie i zajmowali się swoimi sprawami. A były to często sprawy niegodziwe i nieprzemyślane. Toczyli wojny, o czym na pewno słyszałyście na lekcjach historii w szkole. Wyniszczali Ziemię, nie wiedząc, że okradają w ten sposób samych siebie, gwałcili i mordowali, odurzali się narkotykami i oddawali lenistwu przekraczającemu wszelkie normy przyzwoitości. Oczywiście, robili także wiele pięknych rzeczy. Ich sztuka sprawiała radość i wynosiła ponad wszelkie inne stworzenia, ich poezja… ach, dziewczynki, gdybyście mogły poznać ich poezję. To najwspanialsza rzecz, jaką stworzył człowiek od początku swojego istnienia. Czasem myślę, że Bóg powołał nas do życia jedynie po to, byśmy mogli uprawiać poezję. Dzisiaj nikt już jednak nie czyta tego typu tekstów. Z wyjątkiem profesorów literatury i kilku starych dziwaków, jak ja.

Spojrzał na siostry, nie wiedząc, czy jeszcze słuchają. Słuchały jak zaczarowane.


Spodobało się? Podziel się z innymi:



Chcesz być
na bieżąco?

Polub mnie na Facebooku
i otrzymuj informacje o nowościach.