Strona główna » Mała biblioteka domowa, czyli minimalizm kulturowy w moim wydaniu

Mała biblioteka domowa, czyli minimalizm kulturowy w moim wydaniu

Biblioteka domowa

Biblioteka domowa – mała, czy duża? Co jest lepszym rozwiązaniem dla myślącego człowieka, który pragnie godnie przeżyć dostępny mu czas na tej strasznej planecie, którą pieszczotliwie nazywamy Ziemią?

Zasmakowałem dwóch form kolekcjonowania książek: nieokiełznanej w swym bogactwie oraz tej bardziej subtelnej – mało spektakularnej, acz zdecydowanie bardziej wyrafinowanej.

I właśnie tym chciałbym się dzisiaj podzielić – przemyśleniami o mojej domowej biblioteczce, która w ciągu ostatnich lat przeszła rewolucyjną wręcz przemianę. Niczym tłusta larwa przeobraziła się w zwiewną istotę zdolną wznieść się ku niebiosom. Ot, taka mi na myśl metafora przyszła.

Minimalizm kulturowy

Żyjemy w czasach obfitości.

Nie wiem, jak inni, ale ja jestem zmęczony ilością dzieł (w tym literackich), jakie mamy codziennie do dyspozycji. Jest tego o wiele więcej, niż jesteśmy w stanie przetrawić.

Nawet będąc tak wybrednym jak ja, można mieć poważny problem z wyborem właściwego dzieła sztuki, któremu poświęci się swój czas. Czy to malarstwo, czy literatura, czy też jakakolwiek inna dziedzina ludzkiej twórczości – jesteśmy przygnieceni prawdziwą kulturalną lawiną.

Mam nieodparte wrażenie, że nasza współczesna cywilizacja to kwintesencja nadmiaru i braku samokontroli. Tworzymy, budujemy, produkujemy – coraz więcej każdego roku. Doszliśmy już do takiej paranoi, że wolniejszy wzrost uważamy za coś złego.

Jakby tragedią była umiejętność zachowania równowagi, umiaru i prostoty. To dziwne, że dla wielu rezygnacja z kolejnego źródła prymitywnej przyjemności wydaje się straszniejsza od widma III wojny światowej lub ekologicznej katastrofy.

Jednym z przejawów czasów obfitości są olbrzymie domowe biblioteki, którymi ludzie uwielbiają się chwalić. Można nawet na ten temat znaleźć artykuły w Internecie. Jakby posiadanie dużej ilości książek było godną pozazdroszczenia cnotą – słodką ambrozją wypływającą z umysłów mędrców.

Kiedyś i ja byłem dzieckiem swojej epoki. Tak samo słaby i prymitywny jak wszyscy dookoła. I tak samo naiwnie myślący, że stan ten może trwać bez końca.

Historia choroby

Przez wiele lat kupowałem duże ilości książek. Ilekroć wychodziłem na miasto, zawsze odwiedzałem księgarnię. Nic dziwnego, że sukcesywnie trzeba było rozbudowywać domową biblioteczkę. Przybywało regałów i szaf z książkami.

Doszło do tego, że cały mój pokój na poddaszu wyglądał jak miejska biblioteka. Zapach druku unosił się zachęcająco i nawet w nocy nie dawał o sobie zapomnieć. Książki nawiedzały moje sny na najróżniejsze sposoby – ale przemilczę szczegóły, bo są zbyt szalone, by je w tym miejscu zdradzać.

Co ciekawe, korzystałem nie tylko z kupowanych przez siebie publikacji. Prawdę mówiąc, nałogowo wręcz odwiedzałem poznańską Bibliotekę Raczyńskich. W najmroczniejszych swych czasach wypożyczałem po kilkanaście książek w miesiącu.

Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że w tamtym czasie byłem niewolnikiem książek. Nie boję się do tego przyznać, jakkolwiek żałośnie może to teraz brzmieć.

Na szczęście w pewnym momencie się opamiętałem. Moja dusza powoli – niepewny krok za chwiejnym krokiem – uwalniała się z obsesyjnego pragnienia pochłaniania kolejnych zadrukowanych stron.

Kiedy tak cichutko dochodziłem do siebie (rodzina była nieświadoma toczącej się w moim wnętrzu walki), w głowie zrodziła się myśl o uporządkowaniu swojego otoczenia.

A do łatwych to wyzwanie nie należało.

Nawet teraz trzymam w domu kilka książek, których powinienem się dawno pozbyć… ale to już bajka na inną okazję.

Jak wyrwać się z nałogu?

Jak każdy obsesjonat, za nic w świecie nie chciałem pozbywać się swoich zbiorów. Nawet częściowe ich ograniczanie uważałem za profanację bardziej wszeteczną niż ofiary z dziewic składane Starym Bogom.

Wiedziałem jednak, że muszę pozbyć się znacznej ilości swoich książek. W przeciwnym razie moje życie nigdy nie nabierze takiego kształtu, o jakim marzyłem.

Moja miłość do książek to nic innego jak wyniszczający nałóg. Coś, co pokonać mogłem tylko psychologicznym podstępem. W sposób iście diabelski musiałem siebie omamić, i to za pomocą najlepszej z pokus – pieniędzy.

Dokonując internetowego rekonesansu, szybko przekonałem się, że moje zbiory są całkiem sporo warte. Policzyłem więc wszystko to, z czym byłem w stanie się rozstać (na początku tylko z niewielką częścią), i kwota mnie oszołomiła.

Tak też zaczęła się moja przygoda z portalami aukcyjnymi. Mogę śmiało przyznać, że wynalazki te pozwoliły mi wydostać się z nałogu. Jak widać, psychoterapia nie zawsze jest konieczna. Wystarczy kilka kropelek starej, dobrej zachłanności.

Mała biblioteka domowa

Dzisiaj jestem już innym człowiekiem (przynajmniej w kwestii mojego stosunku do książek). Nadal posiadam swoją kolekcję, ale ma ona niewielkie rozmiary. Staram się utrzymywać minimalizm w kwestii leżących na półkach książek drukowanych.

Odkryłem, że mała biblioteka domowa sprawia mi znacznie więcej przyjemności niż rzędy regałów zasłaniających wszystkie ściany.

Teraz mam wokół siebie przestrzeń, którą mogę aranżować w bardziej kreatywny sposób. A książki przestały mi przysłaniać świat.

Zdecydowanie bardziej rad jest umysł mający do dyspozycji niewielki regał z drukowanymi publikacjami, do których będzie z pewnością wracać, niż rzędy półek wypełnione tytułami czekającymi na swoją chwilę spełnienia.

Oczywiście nie znaczy to, że wyrzuciłem książki ze swojego życia. Wręcz przeciwnie, nadal bardzo dużo czytam. Od jakiegoś czasu wybieram jednak głównie publikacje elektroniczne (z wyjątkiem książek, które przyjmuję do recenzji).

Coraz bardziej staję się cyfrowym człowiekiem. Nie widzę już większego sensu w gromadzeniu materialnych wytworów ludzkiego ducha.

Mając na wyciągnięcie ręki elektroniczną postać każdej możliwej książki (a także i innych dzieł sztuki), czuję błogość intelektualnego spełnienia, doprawioną poczuciem swobody starożytnego nomada, który nie jest uwiązany przez zbyt dużą ilość posiadanych przedmiotów.

Czasami trzeba umieć odpuścić, by nie stracić możliwości czerpania radości z wszelakich smaków życia.

I tak też zrobiłem – pozbyłem się prawie każdej książki, zostawiając tylko te, które wnoszą coś naprawdę wartościowego w moją codzienną egzystencję. Natomiast te, z którymi się pożegnałem – niech komuś innemu osłodzą wędrówkę przez świat.

A ja pozostanę w swoim niepozornym świecie, w którym króluje mała biblioteka domowa. Wolny od ciężaru książek. Teraz i na wieki. A przynajmniej do czasu, aż otchłań mrocznego kosmosu upomni się i o moje wątłe ciało.