Milczące dłonie

Milczące dłonie

Mieszkał w kraju przeszytym na wylot strzałą wojny; w mieście zrównanym z ziemią – odbudowywanym i niszczonym z regularnością graniczącą z obsesją. Jego dom stał nad rzeką, pochylony ku wartkiemu strumieniowi, jak pijak, który ma zaraz runąć do rynsztoka.

Kochał kobietę pozbawioną nóg i codziennie woził ją do parku, z czułością pchając skrzypiący wózek inwalidzki. Nie miał dzieci, ani nawet psa czy kota, jedynie szare gołębie odwiedzały jego ogródek w poszukiwaniu źródła życia. Czasem śpiewał przy blasku ogniska, gdy ciemność zapadała nad światem.

Niczym owad zaklęty w bursztynie, szukał wieczności. Odliczał sekundy za pomocą błyszczącej klepsydry, wypełnionej nieskończoną liczbą ziarenek piasku. W głowie nosił odłamki światła, pozwalając swoim myślom wypełniać cały wszechświat nieposkromionym pragnieniem.

Pewnego dnia poprosił mnie, bym o nim napisał, a ja odmówiłem, szydząc wulgarnie.

Przed kilkoma dniami, około drugiej nad ranem, umarł.

A teraz jego ciało schodzi w trumnie do świata czerwi. Ja stoję pośród smutnych ludzi, lecz zamiast modlić się – piszę.

Dodatkowe informacje

Seria: Bajki i inne koszmary

Gatunek: poemat prozą


Spodobało się? Będę szczęśliwy, jeśli podzielisz się w mediach: