Nie rozumiem niebezpieczeństwa

Nie rozumiem niebezpieczeństwa

Chyba nie rozumiem niebezpieczeństwa kryjącego się w twoich oczach płonących pragnieniem.

Zbliżasz się powoli, stąpając delikatnie na palcach, jakbyś płynęła tuż nad ziemią. Oplatające smukłą szyję kruczoczarne włosy czynią cię niewidzialną w mroku bezkształtnej nocy.

Krok za krokiem. Krok za krokiem. Mijasz okno, krzyczące blaskiem Księżyca.

Krok za krokiem. Za krokiem krok. Białe piersi przykrywasz milczeniem.

Nawet puls wszechświata zamiera na moment, a światło z łoskotem spada na ziemię – rozbite na miliony niepewnych swego istnienia kawałków.

Czas spływa pomiędzy palcami. Przestrzeń wygina się dziwacznie, przyjmując geometryczne kształty, ale (o dziwo) wytrzymuje i nie pęka od potężnych naprężeń. Cisza spływa po udach milczącym blaskiem uniesienia.

Czekam, aż się zbliżysz na odległość jednego mrugnięcia. Klękam, by sięgnąć ku cichym zakamarkom twojego ciała, na których odprawiam nasz mały, nieokiełznany rytuał. Czarne paznokcie wbijają się we mnie tak głęboko, że rozdzierają duszę. Ból i pożądanie ponownie stapiają się w jedność.

I choć znam cię aż nazbyt dobrze, nadal nie rozumiem niebezpieczeństwa, które kryje się w tobie.

Dodatkowe informacje

Seria: Epidemia nielegalnych myśli

Gatunek: poemat prozą


Spodobało się? Będę szczęśliwy, jeśli podzielisz się w mediach: