Strona główna » Ostatnia droga samobójcy

Ostatnia droga samobójcy

Ostatnia droga samobójcy

„Przeszłość nigdy nie odchodzi” – słowa, które Alistair Payne napisał na ścianie swojej celi chwilę przed popełnieniem samobójstwa.

Alistair był wysokim, chudym mężczyzną o łysiejącej głowie. Leżał sobie cichutko w jednym z pomieszczeń szpitala dla osób niezrównoważonych psychicznie. Otaczające go ściany były śnieżnobiałe, gładkie niczym hartowana stal. Zimne i bezduszne. Od momentu zamieszkania Alistair’a w szpitalu, ani razu nie zwróciły na niego uwagi, co wołało o pomstę do nieba.

Jak już zauważyliśmy, Alistair leżał sobie spokojny jak nigdy dotąd. Ów spokój wynikał zapewne z faktu, iż mężczyzna był martwy. Nawet mało wprawne oko potrafiłoby bez trudu rozeznać się w sytuacji, choćby po całkowitym bezruchu alistair’owego ciała i okalającej je kałuży krwi. Ta ostatnia znajdowała się również na ścianach, które chyba nie czuły się dobrze ze szkarłatem ludzkiego piętna na obliczu. Nie zdradzały jednak żadnych emocji. Jak zwykle zresztą.

Jeszcze wczoraj Alistair był całkiem żywy. A przynajmniej na tyle, na ile można to powiedzieć o osobie pochłoniętej przez szaleństwo. Brał udział w terapii, posłusznie przyjmował leki, jadł posiłki – choć trzeba przyznać, że robił to wszystko bez entuzjazmu.

Jedynie spacery po ogrodzie wytrącały go z całodziennej apatii. Cienie rozłożystych drzew oraz wonne pieśni ukwieconych krzewów przyciągały Alistaira i uspokajały brzęczące w jego głowie myśli. Na krótkie chwile pojawiał się spokój.

Wczoraj, zmęczony długim spacerem, Alistair usiadł na świeżo przywiezionej do ogrodu ziemi, równiutko rozgrabionej w miejscu, gdzie miał powstać nowy klomb czy coś takiego. Ziemia była pulchna i chłodna w dotyku. Podobała się Alistair’owi. Rył w niej dłońmi, dłubał palcami, parę razy nawet podrzucił w niebo.

W jego dłoni znalazł się nagle kamyk. Krzemień! – krzyknął Alistair, ale nie na głos, jedynie w duchu. Obracał znalezisko w palcach i gładził z perwersyjną wręcz dokładnością. Jedna z krawędzi była ostra jak nóż. Coś w tym stylu mogło być używane przez ludzi pierwotnych do obdzierania zwierząt ze skóry. Albo do innych ciekawych zajęć.

Alistair schował kamień.

– Mój wielki nóż – pomyślał. – Mój, mój, tylko mój.

Tak było wczoraj. Teraz Alistair stał nieruchomo, zapatrzony w martwe ciało. Swoje ciało. Pokój, w którym przebywał, zupełnie go ignorował, ale Alistair był do takiego stanu rzeczy przyzwyczajony. Napawał się więc swoim zwycięstwem i zdobytą nagrodą – ciszą.

Wszelkie dźwięki umilkły w chwili śmierci, tak spokojnej, kojącej nerwy, błogiej… Alistair pomyślał o bólu, który musiał przecież przepłynąć kanałami nerwów przez gnijące teraz mięso. Dlaczego go nie pamiętał? Spoglądał kolejno na każde rozcięcie skóry i zastygłe strumyczki krwi, będące jeszcze minutę temu bystrymi strumieniami, zdradzieckimi nurtami wiodącymi w rozpacz i szaleństwo. Teraz były tylko smugami czerwonej farby, choć to może niezbyt trafne porównanie.

Nagle otworzyły się drzwi. To przybył pielęgniarz, niosąc dobrą nowinę wieczornego posiłku. Nie przekroczył jednak progu. Ujrzawszy martwe ciało, zatrzymał się w pół kroku. Alistair obserwował przerażenie na twarzy młodego człowieka.

Kilka minut później w celi zrobiło się tłoczno. Przybiegł nawet Wazelinowy Ludek, jeden z psychiatrów pracujących w klinice. Naprawdę nazywał się Victor Solano, ale pacjenci wymyślili dlań odpowiedni pseudonim. Wszak smarował wazeliną na wszystkie strony, aby przekonywać podopiecznych do swojej psychologicznej prawdy. Żaden pacjent nie wierzył w jego słowa, jednocześnie podsycając w sobie przekonanie o tym, iż doktor sam nie ma pojęcia, o czym mówi podczas terapii.

Za plecami Wazelinowego Ludka pojawiła się głowa naczelnika kliniki, starego grubasa o świńskich oczkach i wiecznym wyrazie twarzy przypominającym wszystkim, że są od niego gorsi. Ot, taki typ człowieka. Nie będziemy zatem tracić na niego więcej uwagi.

Przez wszechobecną ciszę przebiły się rozbiegane myśli pielęgniarzy sprzątających doczesne szczątki Alistaira. Zastanawiali się nad przyczyną całej tej krwawej łaźni i jedyne, co przychodziło im do głowy, to szaleństwo. Bo któż mógłby popełnić samobójstwo? Tylko wariat.

Oni nigdy by nie zrozumieli, pomyślał Alistair, ostatni raz patrząc na swoje ciało znikające w czeluściach plastikowego worka. Nie rozumieją, próbował się pocieszać, gdyż nie poczuli nigdy smrodu szaleństwa we własnych trzewiach.

Alistair zamarł (ciekawe określenie, zważywszy na jego stan). Nagle panująca wokół cisza została rozbita w drobny mak i cały świat wrócił do normy. Jeśli można to nazwać normą.

Alistair podpłynął (tak, podpłynął – duchowi raczej trudno jest chodzić) do okna i zobaczył ogród pogrążony w półmroku. Słyszał szum drzew i śpiew ptaków. Woda w fontannie szemrała cichutko, odjeżdżający samochód warczał niczym dziki pies.

– Dobry wieczór, panie Payne – ktoś powiedział zwyczajnie niczym pracownik jakiegoś przykrego dla obywateli urzędu publicznego.
Alistair rozejrzał się. Obok niego stał wysoki mężczyzna. Na oko miał z trzydzieści lat. Ubrany był w biały garnitur z błękitnymi zdobieniami na mankietach.

– K… kim pan jest? – Alistair nie spodziewał się spotkać po śmierci kogokolwiek. Liczył raczej na samotne rozpływanie się w przestrzeni kosmicznej i stopniowe zanikanie wszelkich oznak świadomości. Miał nadzieję na nicość, marzył o niej. Co więcej, uważał, że to jedyny sposób na wybawienie od przeszłości. Od winy i bólu, którego był sprawcą.

Tymczasem spotykał tego oto człowieka wyglądającego na skrzyżowanie prawnika z gejowską gwiazdą filmów pornograficznych.

– Jestem pańskim przewodnikiem.

Alistair milczał.

– Widzę po pańskiej minie, że jest pan zaskoczony. To zrozumiałe.

– Czego pan chce? – zapytał Alistair po kolejnej chwili milczenia.

– Jak powiedziałem, jestem pańskim przewodnikiem. Przewodnikiem duchowym – nieznajomy uniósł palec, by podkreślić wagę swojego stwierdzenia. – Moim zadaniem jest powitać pana i wprowadzić w nową rzeczywistość. W normalnych warunkach, to znaczy śmierci osiągniętej drogą naturalną, spotkalibyśmy się dopiero po tamtej stronie. W przypadku zejść… powiedzmy, niekonwencjonalnych należy wyjść zmarłemu naprzeciw.

– Po co?

– Inaczej mógłby się zgubić.

Alistair znowu nic nie odpowiedział. To wszystko nie tak miało wyglądać, myślał. Wszystko nie tak. W końcu powiedział:

– Dziękuję bardzo za pański trud, ale mam inne plany.

– Nie ma pan – stwierdził twardo nieznajomy.

– Nie może mnie pan do niczego zmusić – wykrzyknął Alistair.

– Mogę – odparł tamten lodowatym głosem. Cała uprzejmość znikła, jakby nigdy jej nie było.

Alistair rzucił się do tyłu, przez ścianę. Nowy sposób poruszania nie sprawiał mu problemów, dlatego szybko zaczął się oddalać od Urzędnika, jak go już zdążył ochrzcić w głowie. Gnał na oślep przez ogród, przenikał przez drzewa i równo przycięte krzewy. Dopiero po chwili zauważył, że otoczenie wygląda inaczej. Ogród nie tonął już w mroku, choć słońce zdążyło zajść za horyzontem. Dokoła panowało delikatne lśnienie, poświata mająca swe źródło w roślinach i zwierzętach.

To życie świeciło.

Zadziwiony widokiem nie zwolnił jednak tempa ucieczki. Znalazł się za rzędem drzew, które pełniły straż za jego plecami, odgradzając od kliniki i tajemniczego człowieka, który twierdził, że ma nad nim władzę.

– Nigdy nie twierdziłem, że mam nad panem władzę – szepnął mężczyzna. Leciał obok, nieco z tyłu, w odległości około dwóch metrów. – Proszę nie uciekać, to nic nie da.

Na te słowa Alistair przyspieszył. Rozpoczął serię zwodów i manewrów mylących, w swoim mniemaniu genialnych i niemożliwych do śledzenia. Mężczyzna jednak wciąż znajdował się dwa metry od uciekiniera.

Nagle wszystko się zatrzymało. Alistair nie mógł się poruszyć, wiatr ucichł, liście drzew zamarły w pół gestu, jakby niezdecydowane, w którą stronę mają się teraz obrócić.

– Jak pan widzi, panie Payne, nie może pan uciec przede mną.

– Czego chcesz? – zawył żałośnie Alistair.

– Pomóc panu w przejściu na drugą stronę.

– Ale ja nie chcę – Alistair poczuł łzy spływające po policzku. Tak bardzo chciał zapomnieć o przeszłości. Jak mógł dalej istnieć po tym, co zrobił? Jak mógł…

– Wiem – odparł z powagą nieznajomy. – Proszę jednak mi zaufać. Nie chcę pańskiego cierpienia. Problem w tym, że bez mojej pomocy zawsze będzie pan cierpiał męki. To nieuniknione. Proszę pozwolić sobie pomóc.

– Mnie już nie można pomóc – Alistair zwinął się w kłębek. Nawet nie zwrócił uwagi na to, że znowu może się ruszać.

– Każdemu można pomóc, nawet największym zbrodniarzom. A pan zbrodniarzem nie jest.

– Powiedz to Estelle.

Alistair miał na myśli swoją żonę. Kobietę, którą kochał ponad wszystko i którą skrzywdził tak, że bardziej już nie można.

– Estelle pana kocha – powiedział łagodnie nieznajomy.

Alistair zaczął się stopniowo uspokajać. Smutek i wściekłość nie minęły, ale łzy przestały płynąć. Przewodnik poprowadził Alistair’a w kierunku wielkiego głazu, na którym oboje usiedli. Kamień był ciepły i pulsował życiem.

– Naprawdę? Estelle mnie kocha?

– No cóż – przewodnik zawiesił głos – trzeba przyznać, że jest to miłość zmieszana z nienawiścią.

– Rozumiem.

Alistair rzeczywiście rozumiał żonę. Cierpiała zbyt mocno, żyjąc z nim pod jednym dachem. Nic dziwnego, że miłość przerodziła się w nienawiść.

– Błędnie interpretuje pan moje słowa, panie Payne – powiedział przewodnik.

– Co? – Alistair spojrzał podejrzliwie na rozmówcę. – Pan czyta w moich myślach?

– Obawiam się, że tak. Ale niech pan się tym nie przejmuje. Pan poznał myśli pielęgniarzy sprzątających po panu, prawda? Ja jestem niejako o stopień wyżej od pana w hierarchii bytów. Wkrótce i pan będzie czytał w moim umyśle jak w otwartej księdze. Zanim to jednak nastąpi, musimy jeszcze coś zrobić.

– Co takiego?

– To dotyczy uczuć pańskiej żony.

– W jaki sposób?

– Ona nie przestała pana kochać. Nienawidzi pana, to fakt, ale miłość nadal mieszka w jej sercu.

– Skąd pan to wie?

– Mniejsza o to. Problem polega na tym, że pańskie postępowanie wobec tej kobiety było niewybaczalne.

– Wiem – Alistair opuścił głowę, wbijając wzrok w lśniącą trawę. Życie jest takie piękne, pomyślał, a ja potrafię je tylko niszczyć.

– Proszę mi opowiedzieć o swoim życiu – poprosił przewodnik.

– Czy nie wie pan o mnie wszystkiego? Po co mam opowiadać?

– Miał pan retrospekcję w chwili śmierci? Życie przepłynęło panu przed oczami?

– Coś mi tam mignęło, ale nie zwróciłem uwagi – przyznał Alistair.

– Otóż to. Niech pan potraktuje swoją opowieść jako element psychoterapii i…

– Nie potrzebuję psychoterapii – przerwał Alistair zdecydowanym tonem. Od razu przypomniał sobie sesje z Wazelinowym Ludkiem. Nie lubił ich.

– Streszczenie swojego życia w kilku zdaniach czasem pomaga zrozumieć.

– Co zrozumieć?

– Sam pan zobaczy. Proszę mówić.

Alistair zastanowił się przez chwilę. Miał opowiadać o swoim życiu? Przecież to bez sensu. Dlaczego miałby mówić obcemu człowiekowi o pokręconych relacjach z matką, o siostrze, która prostytuowała się już w wieku jedenastu lat, o ojcu narkomanie. Po co mówić o kolegach z podstawówki i ich erotycznych ekscesach w męskiej toalecie albo o swoim pierwszym stosunku seksualnym z młodziutką Mary Strasenson?

– Wystarczy, jak ograniczy się pan do okresu małżeńskiego – podsunął przewodnik miłym głosem.

No tak, pomyślał Alistair. I on chce, żebym opowiadał.

– Estelle poznałem zaraz po szkole – zaczął Alistair. – Pracowałem w warsztacie samochodowym jako mechanik. Byłem naprawdę dobry w tym fachu. Nie chwaląc się, oczywiście.

Oboje uśmiechnęli się, wymieniając spojrzenia. Jedno wesołe i wszystkowiedzące, drugie zaledwie smutne.

– Ósmego maja 1986 roku, nigdy nie zapomnę tej daty, Mike przyholował do warsztatu nowiutkiego Cadillaca Allanté. Na liczniku nie miał jeszcze nawet tysiąca kilometrów, ale za to skasowany cały przód. Nie muszę dodawać, że z silnika prawie nic nie zostało? Szef kazał rzucić wszystko i zająć się w pierwszej kolejności rozbitym cadillaciem. Sporo czasu zajęło nam doprowadzenie tego błyszczącego nowością wraku do stanu używalności. Później zjawiła się ona. To był samochód Estelle.

– Ja – ciągnął dalej Alistair – nie wiem, jak mam opisać moje pierwsze wrażenie. Olśnienie, oczarowanie, miłość od… nie, nie znam odpowiednich słów, by wyrazić tamte uczucia. Jedno wiedziałem na pewno: ona zostanie moją żoną. Spojrzałem na nią i byłem tego absolutnie pewien. Chciałem paść na kolana i prosić o rękę, nie czekając ani na pierwszą randkę, ani na spotkanie z jej rodzicami czy inne takie pierdoły. Po prostu porwać ją i uciec na koniec świata. Rzecz jasna, nie ukląkłem. Prawdę mówiąc, zatkało mnie całkowicie, dlatego zapytałem o jedyną rzecz, na której się znałem. O samochód.

W tym momencie, jakby na komendę, drogą przejechał samochód. Ktoś mógłby nie uwierzyć, ale był to cadillac. Dyrektor kliniki wracał do domu.

– Estelle opowiedziała o wypadku, a ja chciałem objąć ją ramionami i ochronić przed wszystkimi niebezpiecznymi drzewami na świecie. Faktem jest, że nie była najlepszym kierowcą. Później dowiedziałem się, że jest nie tylko nie najlepszym kierowcą, ale wręcz fatalnym. Każdy ma jakieś wady, prawda? Niemniej jednak zakochałem się w niej bez pamięci i kiedy opisywała swoją przygodę ze starym dębem, zaprosiłem ją na kolację. Przerwałem jej w pół zdania i dlatego zdziwiło mnie, że się zgodziła.

– Może ona również coś w panu dostrzegła.

– Może. Oczywiście, że tak! – krzyknął Alistair, po czym dodał spokojniej: – Spotkaliśmy się tego samego dnia w „Green Garden”, małej restauracyjce w pobliżu centrum handlowego. Lokal wypełniały kwiaty i czuliśmy się jak dzieci zagubione w gąszczu magicznego ogrodu. Kolacja okazała się równie ekscytująca jak otoczenie. Wyszliśmy, trzymając się za ręce. Następne miesiące… spędziliśmy jak we śnie. Wiem, że może się to wydawać historyjką wyjętą wprost z romansideł sprzedawanych w księgarniach, ale tak właśnie było. Nie mogliśmy bez siebie wytrzymać choćby jednego dnia. Przestałem nawet pić – Alistair spojrzał uważnie na swojego rozmówcę. – Wspominałem, że jestem alkoholikiem?

– Nie, nie wspominałeś.

– No cóż, wspominam teraz. Problem z alkoholem miałem już w podstawówce. To przez ojca, on… – Alistair nie chciał mówić o ojcu. Pamięć o tym znienawidzonym człowieku ciążyła niczym kilkutonowy głaz, podobny do tego, na którym właśnie siedział. Narkotyki zmieniły starego Payne’a w potwora znęcającego się nad rodziną, a szczególnie młodszym synem, Alistair’em.

– Nie powinniśmy obwiniać innych za nasze ułomności, panie Payne – stwierdził przewodnik.

– To przez niego, do cholery – odpowiedział bez przekonania. – Zresztą, nieważne. Piłem i… racja, nie ma dla mnie usprawiedliwienia. Jak mówiłem, pierwsze miesiące z Estelle były bajką. Ale każda bajka kiedyś się kończy. Nasza skończyła się również. Pobraliśmy się dwudziestego piątego października, niecałe pół roku po poznaniu. Uznałem, że nie ma nic bardziej romantycznego niż ślub w dniu urodzin panny młodej. Wszak jest to początek nowego życia.

– Bardzo piękne.

– Tak. Tylko że to nie był początek, a koniec. Zacząłem pić. Z tygodnia na tydzień coraz więcej. Początkowo odrobinę, przy różnych okazjach. To urodziny, to podwyżka. To czy tamto. Nie myślałem o tym, gdyż byłem szczęśliwy. Urodziła się Margaret, potem Alex. Posiadanie dzieci utrudniło wiele spraw. Próbowałem ze sobą walczyć. Chodziłem na spotkania Anonimowych Alkoholików, zacząłem pracować jako wolontariusz w naszej parafii, pomagałem przy obchodach wszystkich większych świąt. Wie pan, wtedy jest dużo roboty, byłem więc przydatny. Piłem rzadziej, ale nie potrafiłem uwolnić się całkowicie. Męczyło mnie to i coraz bardziej się bałem. Nie o siebie. O Estelle i dzieciaki. Mój ojciec robił straszne rzeczy, kiedy byłem mały. Co prawda, jego zniszczyły narkotyki, ale uważałem – do dzisiaj uważam – że rodzaj nałogu nie ma większego znaczenia. Narkotyki, alkohol czy cokolwiek innego, tak samo potrafią zatruć ludzką duszę. A najgorsze jest to, że właśnie strach zapędzał mnie z powrotem do butelki. Zamknięty, przeklęty krąg.

Alistair ukrył twarz w dłoniach. Wspomnienia przerażały go równie mocno teraz, jak wtedy gdy owe wydarzenia się toczyły. Nie przerwał jednak opowieści.

– Pierwszy raz uderzyłem Estelle jakiś miesiąc po narodzinach Alexa. Denerwował mnie ciągły płacz małego. I Margaret, która ciągle czegoś chciała. Sam nie mogłem uwierzyć w to, co się stało. Wybiegłem z domu i, nietrudno się domyślić, wylądowałem w knajpie. Tamtej nocy nie wróciłem do domu, straciłem przytomność w bramie jakiejś kamienicy. Zaczęło się. Od tej pory piłem już stale. Nie mogłem przestać. Gdybym wytrzeźwiał, powiesiłbym się na najbliższym drzewie – zastanowił się przez chwilę. – Może powinienem był tak zrobić?

Zapanowało milczenie. Alistair nie potrafił wykrztusić słowa, natomiast słuchający go mężczyzna… cóż, słuchał dalej.

– Pewnego wieczoru – szepnął nagle Alistair – wypiłem więcej niż zwykle. Byłem też bardziej wściekły, sam nie wiem na co. Pobiłem Estelle do nieprzytomności. Dzieciom też się oberwało. Obudziłem się w areszcie. Któryś z sąsiadów musiał wezwać policję, za co w duchu mu dziękowałem. Musi pan wiedzieć, że cały czas doskonale zdawałem sobie sprawę ze swoich poczynań. Modliłem się każdego ranka do Boga o pomoc dla mojej rodziny. Kiedy uświadomiłem sobie, gdzie jestem, poczułem ulgę. Teraz Estelle i dzieci będą bezpieczne, przyznam się do wszystkiego w sądzie i nie będę nawet zasłaniał się adwokatem. Życie jednak nigdy nie jest takie proste, jak nam się marzy. Podczas przesłuchania dowiedziałem się, że Estelle ledwo przeżyła. Poza tym była w drugim miesiącu ciąży. Dziecko zmarło. To – płakał Alistair – to było ponad moje siły. W mojej głowie jakby coś eksplodowało. Przestałem logicznie myśleć… choć może nie potrafiłem tego już od dawna. Nie wiem, co się wtedy stało.

– Oszalał pan.

– Chyba tak.

– Czasem ludziom się to przytrafia. To reakcja obronna organizmu na szok, zbyt wielki do udźwignięcia dla psychiki. Potem przewieźli pana do kliniki „Nad ciepłym jeziorem”, tak się ona nazywa?

– Tak.

– Co pan teraz zamierza?

– Nie rozumiem.

– Nie da się ukryć: popełnił pan samobójstwo. Musiał być w tym jakiś cel.

– Sam już nie wiem. Chyba chciałem zapomnieć albo… nie wiem, nie myślałem wtedy jasno.

Dopiero w tym momencie Alistair uświadomił to sobie.

– Ale teraz myślę normalnie. Dlaczego?

– Obłęd stanowił reakcję pańskiego organizmu. Po śmierci ciało nie ma na pana wpływu.

– No tak, brzmi logicznie – zastanawiał się na głos.

– Pozostaje pytanie, co dalej.

– Czyli?

– Pańska dalsza droga jest, powiedziałbym, zaplanowana. Jednakże kwestia pańskiej żony uniemożliwia podjęcie dalszej podróży duchowej.

– Dlaczego?

– Ponieważ istnieje swego rodzaju mentalna blokada przed podjęciem dalszej wędrówki. Trzeba coś z tym zrobić.

Alistair nie bardzo wiedział, o co chodzi. Czuł wielki smutek z powodu cierpień rodziny, cóż jednak mógł na to poradzić?

– Zwykle rozmowa dużo pomaga – odpowiedział przewodnik na myśli Alistaira. – Tak jak przed chwilą w pana przypadku.

Tu Alistair musiał się zgodzić. Rozmowa rzeczywiście sprawiła ulgę.

– Racja – przyznał. – Tylko… jak mogę się porozumieć z Estelle? Jestem przecież martwy.

– Przeniosę pańską świadomość do snu pani Payne.

– Ona w tej chwili śpi?

– Tak.

Sen Estelle, pomyślał Alistair, jej sen będzie ostatnim łącznikiem między nami.

– Dobrze, zróbmy to – powiedział.

Przewodnik uśmiechnął się i rozsiadł wygodniej na kamieniu, a zwracając się w stronę Alistaira, powiedział:

– Teraz pana zahipnotyzuję.

– Że co?

– Zahipnotyzuję pana. Proszę się odprężyć, zamknąć oczy. Policzę od pięciu w dół. Kiedy skończę, otworzy pan oczy i będzie się znajdował we śnie swojej żony.

– No… dobra.

Przewodnik policzył do jednego, Alistair otworzył oczy i rozejrzał się dokoła.

Znalazł się w samym środku szarej pustyni. Dokoła rozrzucone niewielkie kamienie i horyzont równy niczym na środku oceanu. Niebo pokrywały ciemne chmury, gotowe w każdej chwili rozpocząć symfonię grzmotów i siekającego deszczu. W powietrzu czuć było ozon, dokładnie jak przed burzą.

Alistair zrobił kilka kroków przed siebie. Znów chodził, a nie unosił się w powietrzu. Piasek skrzeczał pod stopami.

Na tym pustkowiu istniał tylko jeden punkt zaczepienia dla umysłu Alistaira. Była nim odległa postać, w kierunku której zmierzał. Krok za krokiem, coraz wyraźniej widział, kim jest owa postać.

Spiżowy rycerz.

Mężczyzna zakuty w pancerz, którego orężem nie był miecz czy topór. Nic z tych rzeczy. W prawej dłoni trzymał wstążkę o barwie pomarańczowej, przechodzącej, w zależności od kąta obserwacji, w żółć lub czerwień. Alistair odniósł wrażenie, że wstążka została utkana z oddechu smoka. Dlaczego tak pomyślał? Nie miał pojęcia.

Zbliżył się do spiżowej postaci. Wówczas przeżył szok. Rycerz miał jego twarz. To był Alistair. Twardy, niewzruszony demon uderzający zawsze bez litości. Odczuwający ból równocześnie ze swoją ofiarą.
Tak widzi mnie Estelle, pomyślał zrozpaczony, a to wszystko – mroczne pustkowie cierpiącej duszy – jest moim dziełem. Konsekwencją bezmyślnych działań pijaka. Ja ją tutaj wypędziłem.

Za plecami rycerza coś świeciło. On sam się nie ruszał, więc Alistair obszedł go i przyjrzał się źródłu światła.

Estelle.

Leżała na szarym piasku i płakała. Nie miała na sobie ubrania, a skóra została dotkliwie poraniona. Alistair odwrócił się wściekły w stronę spiżowego oprawcy. Ten nie zareagował. Stał tylko bez ruchu.

– Alistair?

Estelle mówiła niewyraźnie z powodu opuchniętych warg. Alistair natychmiast do niej podbiegł. Pochylił się, by ją objąć.

– Nie dotykaj mnie! – wrzasnęła przerażona kobieta, jednocześnie próbując się uwolnić z objęć męża.

– Proszę, Estelle, to ja. Nie denerwuj się. Nie zrobię ci krzywdy.

– Odejdź! Dlaczego nie chcesz odejść? – zaczęła szlochać.

Alistair był wstrząśnięty reakcją żony. Spodziewał się wszystkiego, ale nie tego. Przecież chciał z nią tylko porozmawiać, tylko… tylko, że to jest sen. Estelle zachowuje się zgodnie ze swoim koszmarnym scenariuszem. Czy co noc śni to samo? Boże, na pewno. Alistair płakał równie mocno co Estelle. Łzy nie chciały przestać płynąć i, po prawdzie, nie było sensu ich zatrzymywać.

Spiżowy rycerz zniknął. Bestialska wstążka uleciała na wietrze, rozganiając chmury, które jednak natychmiast zeszły się z powrotem.

– Zrozumiem, jeśli nie będziesz chciała ze mną rozmawiać – powiedział słabo Alistair, padając na kolana. – Ale wiedz, że bardzo żałuję całego zła, które uczyniłem. Pozwoliłem opanować się strachowi i wódzie. Nie będę się usprawiedliwiać. Już nie, za późno. Skrzywdziłem cię, złamałem ducha, zniewoliłem na szarej pustyni. Ja… – głos Alistaira się załamał. – Ja, przepraszam.

– Przepraszasz. – Estelle powtórzyła głucho. – I co? Mam ci wybaczyć? Wybaczyć morderstwo?

Alistair dopiero po chwili domyślił się, że Estelle mówi o ich nienarodzonym dziecku.

– Nie dałeś szansy małej Devon.

– Devon?

– Tak ją nazwałam. Po babci.

Estelle patrzyła prosto w oczy męża. Bez strachu, lecz z nienawiścią. Łzy wyschły tak szybko, jakby ich nigdy nie było. Rany zarosły się, opuchlizna zeszła. Teraz była ubrana w sięgający prawie do kolan, niebieski pulower. Prezent urodzinowy sprzed roku. Zaciskała pięści.

– Ja… – zająknął się Alistair.

– Ty! Tak ty.

– Ja nie chciałem…

– Potwór! Kochałam cię, a ty zamieniłeś moje życie w piekło.

Nagle zerwał się gwałtowny wiatr. Atakował wściekle, szarpał. Gdy Alistair czubkami palców dotknął kolana Estelle, wszystko ucichło.

– Och, Al – kobieta ponownie zaczęła płakać, kuląc się w sobie. Poczuła silne ramiona męża, obejmujące czule, bezpieczne. Tak jak kiedyś. Zanim zostali małżeństwem.

– Kochanie, tak mi przykro. Tak bardzo mi przykro. Gdybym mógł naprawić swoje błędy, odpokutować winy. Gdyby można cofnąć czas…

– Nie można cofnąć czasu – szeptała. – Nie można nic naprawić. Wszystko przepadło.

– Ja umarłem, kochanie.

– Co? – odparła znużonym, spokojnym głosem. – O czym ty mówisz?

– Umarłem. Dzisiejszego wieczora. Przyszedłem się pożegnać. I przeprosić – milczał przez moment. – Czy potrafisz mi wybaczyć?

Estelle objęła mocniej męża. Kochała go. Pomimo cierpień i utraty córki.

– Nie – odpowiedziała tak cicho, że sama ledwie słyszała swój głos. – Nie mogę wybaczyć.

– Co?

– Przykro mi, Al – spojrzała mu w oczy – po prostu nie mogę. Nie po tym, co zrobiłeś. To niemożliwe.

– Ale…

– Proszę, odejdź. Jeśli naprawdę umarłeś, odejdź. Pozwól mi żyć w spokoju. Ja już więcej nie zniosę. Zostaw mnie.

Alistair nie wiedział, co powiedzieć. Powinien spodziewać się podobnej reakcji. I czemu tu się dziwić? Nie był dobrym mężem, ojcem zresztą też. Nie należy mu się nawet jedno przynoszące ulgę słowo. Miał nadzieję na przebaczenie, ale nie… nie zasłużył na nie. Wiedział o tym.

Wypuścił żonę z objęć. Czuł jej ciepło jeszcze przez kilka chwil, potem odwrócił się i odszedł.

– Żegnaj – szepnęła przez sen śpiąca Estelle, czego jej mąż już nie usłyszał.

***

Powierzchnia kamienia, na którym siedział Alistair, wciąż pulsowała życiem. Przewodnik z uprzejmym uśmiechem zapytał:

– Jak było?

– Nie wybaczyła mi – stwierdził ponuro Alistair.

– Przykro mi.

Gwiazdy świeciły mocno, rozjaśniając mroki nocy. Delikatne podmuchy wiatru nakłaniały liście do tańca, a serce nieżyjącego człowieka wypełniał żal i tęsknota.

– Mylił się pan. Rozmowa nie pomogła – powiedział.

Przewodnik wstał i przeciągnął się jak po długim śnie. Jego białe szaty zaszeleściły cicho, wtórując tańczącym liściom.

– Może nie tobie miała pomóc ta rozmowa, Alistairze – rzekł przewodnik, po czym dodał chłodniejszym tonem:

– Śmierć nie rozwiązuje problemów za ciebie. Pomogłeś podświadomości Estelle uwolnić się, by mogła iść dalej ze swoim życiem. Natomiast ty musisz jeszcze sporo zrobić, by wyzwolić się z cierpienia. Przed tobą długa droga.

Pierwszy raz zwrócił się do mnie po imieniu, pomyślał głupio Alistair, unosząc głowę. Nie zobaczył jednak nikogo. Był sam. Był po drugiej stronie.