Relax 38. Magazyn Opowieści Rysunkowych – recenzja i mój mały eksperyment zakupowy

Relax 38

Relax 38. Magazyn Opowieści Rysunkowych – recenzja | Fot. Relax nr 38 (okładka)

Właśnie kupiłem Relax 38. Magazyn Opowieści Rysunkowych. Jest to pierwszy numer, na który się zdecydowałem. A powody miałem dwa: komiks autorstwa Cazy (którego twórczość bardzo sobie cenię) oraz pewien konsumencki eksperyment.

Na czym polegać miał ów eksperyment? Otóż sprawa wygląda w ten sposób, że choć jestem wielkim miłośnikiem komiksów, z pewnych względów nie mam zwyczaju kupować żadnych magazynów poświęconych tej dziedzinie sztuki.

W Twojej głowie mogą się teraz pojawiać znaki zapytania. Dlaczegóż to jestem przeciwnikiem komiksowych magazynów? Za chwilę odpowiem na to pytanie (i kilka następnych), ale najpierw dokonam oceny zakupionego przeze mnie numeru Relaxu. Postaram się przestawić go w sposób jak najbardziej obiektywny.

Relax 38 – recenzja

Zacznę od tego, co najbardziej przypadło mi do gustu.

Lailah (scenariusz i rysunki: Caza)

Mogę śmiało napisać, że Caza mnie nie rozczarował. Jego Lailah jest przepięknie zilustrowaną opowieścią. Choć fabuła nie wydaje się szczególnie oryginalna (podbój obcej planety oraz pragnienie zemsty na najeźdźcach), to jednak każda strona jest prawdziwym dziełem sztuki. Korci mnie wręcz, żeby rozerwać cały Relax i oprawić sobie każdą ze stron. To wyglądałoby obłędnie na ścianie mojej pracowni, a i zapewne każdego dnia inspirowałoby do dalszej pracy.

The Passage (scenariusz: Daniel Gizicki, rysunki: Maciej Czapiewski)

Ten krótki komiks zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie – zarówno pod względem fabularnym, jak i graficznym. Muszę przyznać, że jestem bardzo mile zaskoczony. Szczególnie przypadły mi do gustu proste ilustracje oraz oszczędna paleta barw. Myślę, że zacznę śledzić działalność Macieja Czapiewskiego. Jego styl jest na tyle interesujący, że rysownik (jeśli trafi na dobry scenariusz) może w przyszłości stworzyć komiks, który stanie się kultowy.

Dryfy – Kot (scenariusz: Goffaux, rysunki: Andreas)

Oto historia, po której sporo się spodziewałem i... nie zawiodłem się. Mroczna opowieść, bardzo w moim typie. Do tego zaskakujące zakończenie, które zmusiło mnie do kilku chwil zadumy. Takie komiksy warto czytać.

Robochrist (scenariusz: Alejandro Jodorowsky, rysunki: Medelin)

Typowy Jodorowsky, rzec by się chciało. Opowieść tak idealnie pasuje do tego autora, że nawet bez podpisu szybko bym się zorientował, któż ową historię popełnił. W Robochrist poznajemy cywilizację maszyn, która stanęła w obliczu plagi samobójstw. Supermózg i dwunastu mecha-mędrców znalazło jednak rozwiązanie problemu. A przynajmniej tak im się wydawało. Kiedy bowiem do gry wchodzi religia, sytuacja szybko się gmatwa. A rezultatem jest co? Katastrofa.

Incal – Kill Psiagłowa (scenariusz: Brandon Thomas, rysunki: Pete Woods)

Zawsze z chęcią wracam do Jodoverse, więc ten komiks przywitałem z uśmiechem na twarzy. Niestety jest to tylko fragment, więc moja radość szybko wyparowała. Na szczęście piękne ilustracje osuszyły łzy. Zdecydowanie muszę rozejrzeć się za całością.

Z czym mam problem?

Przyznam szczerze, że na widok takich komiksów jak Wilq czy Hobo włos jeży mi się na karku. Fabuła w żaden sposób mnie nie interesuje, ilustracje odpychają. Pozostałe komiksy zebrane w 38. numerze Relaxu (poza wymienionymi wcześniej) również mnie nie zachwyciły.

Z jedenastu komiksów, pięć uważam za wartościowe. Reszta to strata czasu i miejsca w magazynie.

Jeśli natomiast chodzi o dział publicystyczny, nie znalazłem dla siebie nic ciekawego. Mogę nawet stwierdzić, że męczyłem się podczas lektury większości tekstów. Były dla mnie po prostu nudne i musiałem siłą trzymać się Relaxu, żeby tylko doczytać do końca.

Nie wydrenował mnie z energii jedynie tekst Jerzego Szyłaka, ale większość przekazywanych przez niego informacji jest mi już znana. Nie ma więc i tutaj nic odkrywczego dla starego miłośnika komiksów, jakim bez wątpienia jestem.

Podsumowując...

Na plus:

  • Caza – komiksy tego autora to wartość sama w sobie;
  • treści tylko dla dorosłych czytelników (na tylnej stronie okładki jest stosowne oznaczenie) – cieszy mnie, że wydawcy nie ograniczają się do opowieści dla młodszych odbiorców;
  • bardzo dobry papier – gruby i matowy, co świetnie pozwala oddać kolory ilustracji (szkoda tylko, że na takim papierze drukuje się komiksy typu Z życia Eli T. czy Wilq).

Na minus:

  • część komiksów kompletnie mi nie podeszła, więc mam teraz w domu coś, co zawiera zaledwie kilkanaście interesujących mnie stron, a reszta to tylko strata miejsca, które w moim przypadku jest towarem deficytowym;
  • niektóre historie stanowią część większej całości, a więc przeczytanie ich wymaga posiadania innych numerów Relaxu – pojawia się konieczność wydania całkiem sporej kwoty, na co najzwyczajniej w świecie mnie nie stać;
  • uważam, że niektóre artykuły (np. komiksowe newsy) to zwyczajnie zmarnowane miejsce w magazynie – lepiej by było zamiast tego dodać jeszcze jeden czy dwa efektowne komiksy.

Dlaczego nie kupuję magazynów komiksowych?

Odpowiedź jest prosta: nigdy ich nie lubiłem. Od najmłodszych lat unikałem tego typu publikacji. Samodzielnie kupiłem tylko jeden ze starych numerów Relaxu. Czasami zdarzyło mi się pożyczać magazyny komiksowe od kolegów. Były to jednak przypadki dość rzadkie.

Powody mojej niechęci są trzy:

(1) Nie wszystko złoto, co się świeci.

W jednym numerze pojawiają się komiksy różnych autorów, a ja nie lubię wydawać pieniędzy na coś, co mi się nie podoba. Niestety, w przypadku magazynów mamy do czynienia ze zróżnicowaną zawartością. Część opowieści najzwyczajniej w świecie mi nie odpowiada (czego przykładem jest recenzowany w tym artykule numer Relaxu).

Nigdy nie należałem do ludzi zamożnych, więc muszę się liczyć z wydatkami. Jeśli sięgam po portfel, to tylko w przypadku znalezienia produktu, który w pełni mnie zadowala. Tymczasem magazyn komiksowy ma na to niewielkie szanse, gdyż znajdują się w nim treści często niezgodne z moimi gustami.

(2) Fragmenty, czyli wycinki nic niewnoszące do życia.

Denerwują mnie publikacje, w których znajdują się tylko fragmenty komiksowych opowieści. W takim wypadku trzeba kupić przynajmniej kilka numerów, żeby przeczytać całą historię. Jeśli więc coś mnie zainteresuje, muszę zapłacić również za mnóstwo materiałów, które później będą tylko marnować moją przestrzeń życiową (chodzi o to, że moje meble mają ograniczoną pojemność).

Tymczasem posiadanie tylko jednego numeru (jak w przypadku Relaxu 38) z góry eliminuje sens czytania niektórych opowieści, ponieważ nie mogę poznać ich początku lub zakończenia.

(3) Minimalizm kulturowy, czyli walka z tym, co zbędne.

Dawniej kupowałem bardzo dużo książek, komiksów, gier komputerowych i innych rzeczy, które sprawiały mi przyjemność (mniej lub bardziej wyszukaną). Efekt okazał się zupełnie inny od zamierzonego – zostałem przytłoczony ilością posiadanych przedmiotów.

Jest to bardzo nieprzyjemne uczucie, dlatego jakiś czas temu postanowiłem wieść żywot nieco bardziej minimalistyczny. Opisałem ten temat szerzej w artykule pt. Mała biblioteka domowa, czyli minimalizm kulturowy w moim wydaniu.

W skrócie chodzi o to, żeby posiadać tylko te produkty (w tym przypadku komiksy), które uważam za najbardziej wartościowe. Resztę wolę wyeliminować ze swojego życia.

Eksperyment z Relaxem

Mój eksperyment konsumencki miał proste założenia. Chciałem przeanalizować jeden numer magazynu komiksowego, żeby racjonalnie ocenić, czy tego typu publikacja może przypaść mi do gustu i stać się stałym elementem moich czytelniczych nawyków.

W tym celu wybrałem Relax nr 38, ponieważ akurat był dostępny. Znajduje się tutaj komiks Cazy, którego twórczość uwielbiam, więc na wstępie byłem pozytywnie nastawiony do zakupu.

Kolejnym krokiem było przeczytanie całości od deski do deski. Nawet jeśli na pierwszy rzut oka wiedziałem, że coś mi się nie spodoba, mimo wszystko poświęciłem swój czas na dokładną analizę.

Następny etap polegał na napisaniu niniejszego artykułu – czyli recenzji połączonej z podsumowaniem eksperymentu. Chciałem w ten sposób:

  • dokonać rzetelnej i w miarę możliwości obiektywnej oceny, która może okazać się przydatna dla czytelników mojego bloga;
  • zanotować swoje przemyślenia, żebym zawsze mógł bez trudu do nich dotrzeć i przypomnieć sobie, jeśli za jakiś czas miałbym wątpliwości.

OK, bez dalszych ceregieli. Jakie są moje wnioski?

Relax czytało się całkiem przyjemnie, choć niektórych komiksów nie byłem w stanie przetrawić. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że w każdym numerze liczba kiepskich opowieści jest inna. W tej kwestii nie ma żadnej reguły.

Kupując regularnie magazyny komiksowe, mógłbym stworzyć interesującą kolekcję, która służyłaby mi przez lata. Z czasem gusta się zmieniają i za jakiś czas mogłoby się okazać, że posiadanie starych Relaxów jest dla mnie źródłem wielu przyjemnych doświadczeń.

Pytanie tylko, ile w ogólnym rozrachunku musiałbym przeznaczyć miejsca i pieniędzy na całą kolekcję? Podejrzewam, że raczej czułbym frustrację płynącą z posiadania dużej ilości publikacji, do których zaglądam rzadko albo w ogóle.

Dysponując ograniczonymi zasobami finansowymi, wolę skupić się więc na kolekcjonowaniu wydań autorskich. Jeśli znam jakiegoś artystę i cenię jego twórczość, na pewno nie będę żałować nań swoich zasobów.

Decyzja może być tylko jedna.

Magazyny komiksowe zostaną poza sferą moich zainteresowań i nie będę ich zbierał. Na tym jednym Relaksie zakończę swoją przygodę.

Dane szczegółowe

Tytuł: Relax 38. Magazyn Opowieści Rysunkowych
Wydawnictwo: Labrum
Data wydania: 10 czerwca 2022 roku
Liczba stron: 168
Oprawa: miękka
Format: 235 x 325 mm
Druk: kolor + czarno-biały
ISBN: 9770209015204

Spodobało się? Będę szczęśliwy, jeśli podzielisz się w mediach:

Więcej ciekawych informacji znajdziesz na stronie głównej Bloga o sztuce.

Kategorie: Komiks – sztuka sekwencyjna